Przejdź do treści

1974 · symfoniczny rock progresywny · pełny album

The River
Beneath the World

Klawiszowy album koncepcyjny RetroForge Records ukształtowany jak zaginione wydawnictwo symfonicznego rocka progresywnego z 1974 roku. Organy Hammonda, syntezator Mooga, fortepian, teatralne wokale i złożone struktury rytmiczne prowadzą przez mechanicznych świętych, pustych królów, zrujnowane wieże i zapomniane rzeki.


Na tej stronie
O tym albumieLista utworówNoty archiwalneTeksty i napisyPolecane, jeśli lubiszPowiązane wydawnictwa

O tym albumie

The River Beneath the World to utrzymany w stylu 1974 roku symfoniczny rock progresywny — pełny album RetroForge Records zbudowany wokół organów Hammonda, syntezatora Mooga, fortepianu, teatralnego męskiego wokalu, przesterowanego melodycznego basu i kunsztownej perkusji akustycznej. Jego brzmienie należy do monumentalnego, klawiszowego nurtu rocka progresywnego lat 1970., gdzie klasyczne struktury, jazzrockowy ruch i potężna analogowa dynamika spotykają się w długiej albumowej narracji.

W dziewięciu utworach album przechodzi przez złożone metra, barokowy kontrapunkt, dramatyczne partie wokalne i rozbudowane fragmenty instrumentalne. Aranżacje zmieniają się między uroczystymi otwarciami organów kościelnych, figurami fortepianu, organowymi pojedynkami Hammonda , solówkami Mooga, odcinkami fugato, rozwinięciami inspirowanymi passacaglią i wybuchowymi kulminacjami symfonicznego proga. Produkcja jest ciepła, analogowa, teatralna i vintage; atmosferę kształtują organy przetworzone Leslie, nasycenie taśmy i naturalna dynamika perkusji.

Koncept albumu prowadzi przez surrealistyczny podziemny świat zegarów, wież, upadłych monarchii, szklanych sadów, niemożliwych miast i rzeki płynącej pod samą historią. Każdy utwór korzysta z innej utrwalonej formy muzycznej zamiast powtarzać ten sam standardowy układ zwrotki i refrenu, dzięki czemu płyta sprawia wrażenie zróżnicowanej, lecz spójnej podróży rocka progresywnego .

W archiwum RetroForge Records The River Beneath the World zajmuje miejsce monumentalnego, zdominowanego przez klawisze albumu koncepcyjnego: filmowego, tajemniczego, rozbudowanego i zakorzenionego w duchu dawnego rocka progresywnego, lecz nieudającego autentycznego wydawnictwa historycznego.

Rok archiwalny: 1974  ·  Opublikowano:

Lista utworów

  • 1Crown of the Maelstrom5:44
  • 2The Clockmaker's Trial6:18
  • 3Cathedral of Brass and Snow7:02
  • 4The River Beneath the World6:29
  • 5The Mechanical Saint5:14
  • 6The Feast of Empty Kings6:19
  • 7The Glass Orchard at Dawn6:24
  • 8Seven Masks of the Sun5:44
  • 9When the Last Tower Sleeps6:01
9 utworów · 55:15

Noty archiwalne

The River Beneath the World pojawia się w archiwum RetroForge jako płyta zbudowana wokół ukrytego ruchu: rzek pod kamieniem, zegarów pod pamięcią, wież czekających na upadek i władców, którzy zbyt późno odkrywają, że żadna korona nie przetrwa nurtu.

Jego świat nie jest prostą fantastyką, lecz przestrzenią symbolicznych komnat i maszynerii skąpanej w półmroku. Zegarmistrz staje przed sądem za kształt czasu. Katedrę wypełniają mosiądz, śnieg i osąd. Mechaniczny święty poznaje różnicę między obliczeniem a zachwytem. Puści królowie zbierają się na uczcie, na której władza już zgniła. W ostatnim utworze ostatnia wieża śpi, a ziemia trwa dalej bez ceremonii.

Powracające obrazy albumu tworzą rodzaj podziemnej mapy: rzeki, dzwony, korony, koła, szkło, maski, wieże i klucze. Nastrój jest monumentalny, lecz nadgryziony czasem, jakby płytę wyjęto z okładki zbrązowiałej od dziesięcioleci kurzu na półce, a jej symbole wciąż słabo świeciły spod faktury papieru.

Teksty i napisy

W cieniu góry, gdzie pradawne ognie płoną
Koła czasu obracają się, uczymy się nieskończonego koła losu
Kryształowe iglice wznoszą się z mgły wczorajszego dnia
Echa gromu wołają zagubionych, by zostali w domu

Jedź przez burzę, poprzez pustkę, gdzie zderzają się gwiazdy
Wykuj koronę żelaznego światła, w ogniu trwamy
Kosmiczne koła mielą, słuchaj, jak wszechświat się rozwija
W sercu wiru nasze wieczne dusze są zjednoczone

Przez labirynt luster, gdzie cienie skręcają się i bawią
Malowane arlekiny tańczą do świtu nieskończonego dnia
Srebrne księżyce szepczą sekrety oceanom daleko w dole
Jesteśmy dziećmi gromu, lśnimy w poświacie

A niebo pęka szeroko, błyskawica pisze nasze imię
W księdze upadłych imperiów, przy ołtarzu płomienia

Jedź przez burzę, poprzez pustkę, gdzie zderzają się gwiazdy
Wykuj koronę żelaznego światła, w ogniu trwamy
Kosmiczne koła mielą, słuchaj, jak wszechświat się rozwija
W sercu wiru będziemy lśnić na zawsze

Zanikaj w ciszy
Koła wciąż się obracają
Obracają
Kwadrans po ostatniej godzinie
Drzwi sali sądowej się otworzyły
Dwanaście żelaznych ptaków zstąpiło
I ukazał się Zegarmistrz

Jego płaszcz uszyto z kalendarzy
Oczy miał z polerowanego kamienia
Niósł każdą sekundę
Którą ludzkość uznała za własną

Sędziowie nie mieli twarzy
Ich dłonie były z kości
Zapytali, dlaczego zima
Przeżyła księżyc żniw

Odpowiedział wahadłem
Kołyszącym się ze wschodu na zachód:
„Zbudowałem tylko drzwi
To wy postanowiliście wejść”

Obok niego pojawiło się dziecko
Trzymając wtorek w słoiku
W środku płonęło letnie pole
Rower i gwiazda

„Oddaj dzień, który pożyczyłeś
Oddaj imię mojego ojca
Oddaj godzinę, zanim dzwony
Przemieniły pamięć w płomień”

Zegarmistrz stał w milczeniu
Koła zębate pod nim zwolniły
Tysiąc pustych stacji
Obudziło się wzdłuż drogi

Są minuty pod minutami
Ukryte komnaty w roku
Są kroki, które wciąż nadchodzą
Długo po tym, gdy nikt nie słyszy

Są poranki nigdy nieotwarte
Są noce, które się nie zamykają
Każde życie staje się pytaniem
Znanym ostatniej godzinie

Obróć koło
Zerwij łańcuch
Nazwij godzinę
Nazwij ból

Zatrzymaj wskazówkę
Ucisz dzwon
Czas zbudował swoje niebo
W ludzkim piekle

Wtedy najstarszy sędzia wstał
A każdy zegar oślepł
„Będziesz przemierzał lata wstecz
Przez ruiny umysłu

Zobaczysz każde pożegnanie
Usłyszysz każdy ostatni oddech
Zmierzysz to, co zmarnowano
Oddasz godzinę śmierci”

Zegarmistrz uniósł młot
Komnatę wypełniło światło
Uderzył w złoty mechanizm
I roztrzaskał dzień od nocy

Nigdy więcej królów na minucie
Nigdy więcej więźniów kuranta
Niech żywi zachowają swój smutek
Niech umarli uwolnią swój czas

Niech jutro nadejdzie niezmierzone
Niech przeszłość pozostanie nieznana
Bo godzina nie należy do nikogo
A chwila stoi sama

Jeden dzwon zadźwięczał
Potem żaden
Otwórzcie drzwi katedry
Wpuśćcie północną ciszę
Każda kolumna czeka na osąd
Każdy dzwon pamięta grzech

Mosiądz płonie pod krokwiami
Śnieg pada przez płomień
Ci, którzy wchodzą, zostawiają cienie
Ci, którzy wychodzą, zapominają imię

Siedmiu ministrów zebrało się
Przy stole bez końca
Jeden bronił ludzkiego rozumu
Drugi ogłosił koło przyjacielem

Trzeci przedstawił mapę nieba
Narysowaną atramentem, który nie chciał wyschnąć
Czwarty zdjął maskę i wyszeptał:
„Wymyśliliśmy każde niebo”

Siódme krzesło pozostało puste
A jednak jego szkło zaczęło śpiewać
Spod marmurowej podłogi
Wzniósł się śmiech króla

Otwórzcie drzwi katedry
Wpuśćcie północną ciszę
Każda kolumna czeka na osąd
Każdy dzwon pamięta grzech

Mosiądz płonie pod krokwiami
Śnieg pada przez płomień
Ci, którzy wchodzą, zostawiają cienie
Ci, którzy wychodzą, zapominają imię

Kobieta weszła po zachodnich schodach
Z piórami we włosach
Nie niosła korony ani miecza
Tylko drewniane krzesło

Postawiła je w pustym miejscu
I przemówiła bez rozkazu:
„Tron jest jedynie meblem
Gdy nikt nie klęka, by stać”

Ministrowie krzyknęli: zdrada
Malowane okna zadrżały
Ich prawa uciekły jak przerażone ptaki
Z każdej świętej księgi

Kobieta dotknęła ołtarza
A ołtarz stał się deszczem
Katedra wygięła się wokół niej
Jak wielki metalowy łańcuch

Otwórzcie drzwi katedry
Wpuśćcie pogrzebane głosy
Każda kolumna pęka pod osądem
Każdy dzwon wyznaje grzech

Mosiądz topnieje pod krokwiami
Śnieg gasi płomień
Ci, którzy weszli, odnajdują cienie
Ci, którzy wychodzą, odzyskują imię

Siedmiu ministrów rozpierzchło się
Po kamiennych przejściach
Każdy odkrył w ciemności
Że zawsze był sam

Jeden stał się malowanym oknem
Drugi złamanym stopniem
Trzeci został uwięziony w echu
Dawno zapomnianej modlitwy

Puste krzesło wypuściło gałęzie
Gałęzie wspięły się przez dach
Każdy liść stał się lustrem
Każde lustro zmieniało czas

Zamknijcie drzwi katedry
Niech teraz zacznie się poranek
Żadna kolumna już nie osądza
Żaden dzwon nie pamięta grzechu

Trawa rośnie przez krokwie
Woda chłodzi dawny płomień
Ci, którzy wchodzą, przynoszą cienie
Ci, którzy wychodzą, zachowują imię

Mosiądz poniżej
Śnieg powyżej
Nic nie rządzi
Kształtem miłości
Pod korzeniami każdego lasu
Pod każdą drogą i ścianą
Płynie rzeka bez wody
Płynie głos pod nami wszystkimi

Niosła upadłe królestwa
Pamięta bezimienne płomienie
Każde życie staje się nurtem
Każdy nurt traci imiona

Kartograf zszedł w dół
Z latarnią i nicią
Mapował sale ciszy
Gdzie kroczą niepamiętani

Znalazł pokój obrączek
Zegar liczący ból
A na ostatniej stronie narysował
Rzekę bez deszczu

Lecz gdy oznaczył jej koniec
Atrament uciekł z dłoni
Rzeka przecięła papier
I wymazała czekający ląd

Przewoźnik czekał
Bez łodzi i wiosła
„Woziłem królów i żebraków
Zanim nazwali brzeg

Ponumerowali każdy nurt
Skuli wiatr i deszcz
Zbudowali bramę przez głębinę
I sprzedali umarłym ich ból”

Kartograf spytał go wtedy:
„Gdzie kończy się rzeka?”
Przewoźnik odpowiedział cicho:
„Tam, gdzie zginają się wszystkie początki”

Pod ogrodem
Pod tronem
Pod silnikiem
Pod kością

Rzeka przemawia
Lecz nie można jej poznać

Pod marszem narodów
Pod krzykiem targowiska
Pod księgami proroków
I maszynerią nieba

Rzeka nie niesie sztandaru
Rzeka nie służy królowi
Ściera pomniki
Każdej żywej rzeczy

A gdy ostatnia wieża
Zniknie z powierzchni ziemi
Rzeka popłynie dalej
Bez świadka ani rozkazu

Pod korzeniami każdego lasu
Pod każdą drogą i ścianą
Płynie rzeka bez wody
Jesteśmy kroplami
W jej spadku
Zbudowali świętego z miedzi
Z piecem zamiast serca
Nauczyli jego dłonie współczucia
Z diagramu i wykresu

Umieścili go w mieście
Gdzie dzwony przestały bić
Ukoronowali osią
I kazali śpiewać

„Obliczę wasz smutek
Ponumeruję każdą łzę
Poniosę wszystkie wasze ciężary
Jeśli utrzymacie silnik w czystości”

Ludzie przed nim uklękli
Kominy odpowiedziały głośno
Aureola z tłoków
Powoli obracała się przez tłum

Lecz pod zachodnimi łukami
Gdzie poranek wchodził błękitem
Niewidoma muzyczka słuchała
Nuty, którą święty kiedyś znał

Dotknęła żelaznych palców
Przycisnęła je do ziemi
„Zmierzyłeś każdą ciszę
Lecz czy kiedykolwiek słyszałeś dźwięk?”

Koła zębate w nim się zachwiały
Piec stracił płomień
Bo gdzieś w jego mechanizmach
Pytanie wypowiedziało jego imię

Zmierz deszcz
Zmierz kamień
Zmierz odległość
Od ciała do kości

Zmierz oddech
Na skraju przewodu
Zmierz różnicę
Między ciepłem a ogniem

Ministrowie otoczyli go
Wykrzykiwali rozkazy:
„Natychmiast wróć do służby
Cofnij bezużyteczne dłonie

Miasto potrzebuje doskonałości
Miasto musi trwać
Nie ma miejsca na zachwyt
W królestwie czynu”

Święty zdjął aureolę
Tłoki przestały się obracać
„Znam ciężar popiołu
Nie wiem, dlaczego płonie”

Przeszedł przez plac o północy
Ludzie zagrodzili mu drogę
„Kto obliczy jutro?
Kto poświadczy dzień?”

Święty spojrzał ku niebu
Nie pojawił się żaden wzór
Niebo pozostało ogromne
Niezmierzone i nieulękłe

Niewidoma muzyczka znalazła go
Tam, gdzie miasto stykało się z równiną
Zagrała jeden cichy akord
Święty zaczął padać

Nie woda z ramion
Nie olej z każdego szwu
Lecz coś bez liczby
Jak zakończenie snu

O świcie znaleźli jego koronę
Na wpół pogrzebaną w piasku
Obok wyrósł kwiat
Którego żadna maszyna nie rozumiała

A głęboko pod miastem
Gdzie czekają ciche silniki
Jedno koło wciąż się obraca
Lecz nigdy nie liczy
Dziewięciu pustych królów zebrało się
Przy stole wyrzeźbionym z nocy
Każdy przybył bez królestwa
Każdy żądał równego światła

Położono przed nimi złote talerze
Srebrne noże zdobiły ucztę
Lecz pod każdą malowaną pokrywą
Leżał ślad bestii

Pierwszy król mówił o podboju
Drugi wychwalał prawo
Trzeci pokazał pękniętą koronę
I nazwał pęknięcie zachwytem

Czwarty sprzedawał mapy krajów
Które zniknęły w morzu
Piąty ogłosił, że wszyscy więźniowie
Mają szczęście, że są

Szósty król podniósł kielich
I wzniósł toast za pokój
Za nim maszerowało tysiąc bębnów
Które nigdy nie milkły

Siódmy przyniósł lustro
Ósmy ukrył ostrze
Dziewiąty nie powiedział absolutnie nic
I wszyscy pozostali się bali

Wtedy słudzy weszli powoli
Niosąc półmiski bez jedzenia
Skłonili się przed monarchami
W przymusowej wdzięczności

Jeden sługa postawił świecę
Pośrodku pokoju
Jej płomień ujawnił dziewięć szkieletów
Już spoczywających w grobach

Królowie zażądali odpowiedzi
Skazali krzesła i talerze
Kazali zapieczętować każde drzwi
Kłócili się ze swoim losem

Lecz żaden dekret nie uciszył
Zegara za ścianą
Z każdym odmierzonym uderzeniem mówił:
„Nigdy nie rządziliście”

O świcie sala stała pusta
Sztandary obróciły się w pył
Korony leżały w kręgu
Czerwone od ceremonialnej rdzy

Na zewnątrz pola trwały
Rzeka odnalazła morze
I nikt w budzącym się świecie
Nie pamiętał królewskiej władzy
O świcie szklane drzewa drżały
Na wzgórzach za miastem
Każda gałąź trzymała zamrożone światło
Każdy korzeń odmawiał ziemi

Żaden ptak nie zbliżał się do sadu
Żaden wiatr nie poruszał liści
Owoce zawierały wspomnienia
W które nikt do końca nie wierzy

Ogrodnik szedł między nimi
Z młotem i kluczem
Szeptał do każdej kryształowej gałęzi:
„Nigdy nie miałaś istnieć”

Lecz gdy wschodnie niebo pobladło
Sad odpowiedział wyraźnie:
„Posadziło nas jutro
By zachować to, co tu zniknęło”

W południe weszli żołnierze
Z instrukcjami państwa:
„Wszystkie niemożliwe twory
Należy zarejestrować do ósmej

Każde drzewo musi mieć numer
Każda gałąź wykazać użytek
Nieproduktywne formy piękna
Są niebezpiecznym nadużyciem”

Ogrodnik podniósł młot
Kapitan podniósł broń
Tysiąc szklanych odbić
Stworzyło tysiąc słońc

Żołnierze uderzyli pierwsze drzewo
Dolinę wypełnił dźwięk
Każde przechowane w nim wspomnienie
Uwolniło się nad ziemią

Matka zawołała zagubione dziecko
Marynarz poczuł zapach piany
Więzień zobaczył otwartą bramę
Wygnaniec wszedł do domu

Niebo stało się teatrem
Wszystkiego, co wymazano
Żołnierze upuścili broń
Kapitan ukrył twarz

O zmierzchu szklane drzewa drżały
Lecz nie miały już gałęzi
Lśniące odłamki pokryły każde wzgórze
I dotarły do bram miasta

Każdy wziął drzazgę
Każdy zaniósł płomień do domu
A w ścianach każdego domu
Zagubieni znów zaczęli śpiewać

Ogrodnik zostawił młot
Tam, gdzie stało ostatnie drzewo
Przekręcił klucz w ziemi
I usłyszał budzące się drewno

O świcie nowe korzenie poruszały się
Przez podziemną ciemność
Nie ze szkła
Lecz żywe
I pamiętające dźwięk
Pierwsza maska obiecała chwałę
Mówiła językami płomienia
„Załóż mnie przed tłumem
A wszyscy poznają twoje imię”

Pielgrzym uniósł ją powoli
Tłum zaczął wiwatować
Lecz każdy głos, który go chwalił
Odbierał mu kolejny rok

Druga maska była szkarłatna
Jej usta wykuto do krzyku
Zmieniała wątpliwość w nienawiść
I wypędzała wszelkie miłosierdzie

Pielgrzym ujrzał dziesięć armii
Odbitych w jej oczach
Każda maszerowała pod inną flagą
Każda krzyczała te same kłamstwa

Trzecia była gładka i srebrna
Bez ust ani brwi
Dowodziła, że przeszłość jest niemożliwa
Zakazywała wtedy i teraz

Mierzyła miłość w uncjach
Ważyła ludzką duszę
Cięła świat na doskonałe części
I nie potrafiła znaleźć całości

Pośrodku nie stał monarcha
Filozof ani kapłan
Tylko światło bez zamiaru
Ani największe, ani najmniejsze

Pielgrzym zawołał: „Jaki cel
Płonie w twoim nieskończonym ogniu?”
Słońce odpowiedziało ciszą
A cisza wspięła się jeszcze wyżej

Srebrna maska leżała rozbita
Jej odłamki utworzyły soczewkę
Przez nią każda sprzeczność
Znów stawała się światem

Pielgrzym zobaczył, że wiedza
Może oświetlać noc
Lecz każda lampa rzuca ciemność
Na granicach swego światła

Szkarłatna maska stała się ciężka
Krzyk zmienił się w wołanie
Pielgrzym ujrzał twarze
Za przebraniem wroga

Zaniósł każdy sztandar
Do rzeki, jeden po drugim
Woda zachowała kolory
Wiatr oddał słońce

Złota maska czekała
Tam, gdzie zaczęła się podróż
Tłum żądał triumfu
Trąby wychwalały jednego

Pielgrzym odłożył maskę
Wyszedł poza bramę
Tłum nadal wiwatował
Lecz nie wiedział, na kogo czeka
Gdy ostatnia wieża śpi
A jej okna tracą niebo
Kto policzy kroki
Mijających stuleci?

Gdy ostatni kamień uwolni
Każdą przysięgę wyrzeźbioną w jego twarzy
Czy ziemia przypomni sobie budowniczych
Czy po prostu zamknie przestrzeń?

Wieża śni w żelazie
Wieża śni w deszczu
Śni, że ludzie znów się wspinają
By rozkazywać światu

Wznieś mur
Ustaw kamień
Niech szczyt należy tylko do nas
Nazwij gwiazdy
Skul morze
Zbuduj tron nad wiecznością

Wyżej
Wyżej
Jeszcze wyżej
Aż niebo podda się woli

Kamień na kamieniu
Imię na imieniu
Każda wieża kończy tak samo

Stary człowiek strzegł schodów
Długo po odejściu królów
Zamiatał kurz z pustych pokoi
I otwierał je o świcie

Nie prowadził księgi władców
Nie polerował eksponatów
Karmił ptaki na dachu
I patrzył, jak rozpadają się chmury

„Wieża nigdy nie była potężna
Wysokość nigdy nie była mądra
Dała tylko samotnej ziemi
Jeszcze jedno miejsce do oglądania nieba”

Chór pustych komnat
Oddał jego słowa złotem
Bo prawda staje się znacznie lżejsza
Gdy niczego nie trzeba sprzedawać

Wtedy grom przeszedł przez dolinę
Najgłębsze filary pękły
Wieża pochyliła się ku porankowi
Przez koronę kurzu i dymu

Posągi straciły twarze
Królewskie komnaty runęły
Wiatr uciekł ze strychu
Kamienie uwolniły dzwon

Lecz gdy ziemia ucichła
A ostatnie echa zgasły
Żaden mrok nie rządził doliną
Nie uwolnił się pogrzebany ogień

Między upadłymi kolumnami
Pojawiło się kwitnące pole
Ptaki powoli zeszły
Do roztrzaskanego pokoju

Żadna wieża nie trwa wiecznie
Żaden szczyt nie posiada powietrza
Żadne imię nie rozkazuje przyszłości
Tylko dlatego, że pozostaje

Gdy ostatnia wieża śpi
Niech żadna trąba nie ogłasza jej upadku
Ziemia niosła wszystko
Ziemia poniesie wszystko

Stary człowiek przeszedł przez łąkę
Wieczór stał się złoty
Za nim spała wieża
Przed nim
Wznosił się świat

Odkrywaj ten album

Informacja afiliacyjna: Linki Amazon na tej stronie mogą przynieść RetroForge Records niewielką prowizję bez dodatkowych kosztów dla użytkownika.