Przejdź do treści

1983 · rock progresywny · neo-prog · pełny album

The Silence After
Yesterday

Filmowy album rocka progresywnego w stylu 1983 roku, pełen atmosfery Mellotronu, analogowych syntezatorów, miejskiej pamięci i emocjonalnej narracji neoprogresywnej.


Na tej stronie
O tym albumieLista utworówTekstyPolecane, jeśli lubiszPowiązane wydawnictwa

O tym albumie

The Silence After Yesterday to dziesięcioutworowy album rocka progresywnego przedstawiony w stylu 1983 roku. Jego sekwencja prowadzi przez okna dworców, kolejowe arkady, zapomniane hotele, zimowe linie kolejowe i rozpadające się sale dworów.

Paleta instrumentalna łączy fortepian, Mellotron, analogowe syntezatory, bas bezprogowy, gitarę dwunastostrunową, ekspresyjną gitarę elektryczną, perkusję z bramkowanym pogłosem i atmosferyczne instrumenty klawiszowe.

Zamiast jednej ciągłej fabuły album przechodzi przez połączone miejsca i wspomnienia: miasto, które nie rozpoznaje powracającego gościa, dom dzieciństwa czekający na sprzedaż, zegarmistrza pod mostem kolejowym, niewysłane listy, niszczejącą wiejską posiadłość i podziemny pasaż po ostatnim pociągu.

Fortepian, Mellotron, gitara dwunastostrunowa, bas bezprogowy i ciepłe syntezatory analogowe niosą centrum melodyczne. Aranżacje przechodzą między intymnymi partiami mówionymi, pastoralnymi przestrzeniami, powtarzalnym miejskim napięciem i większymi symfonicznymi kulminacjami, wiążąc strukturę progresywną z ludzką pamięcią, a nie technicznym popisem.

Utwór tytułowy stanowi emocjonalne centrum, pozwalając wcześniejszej powściągliwości płyty otworzyć się na ruch i światło, zanim późniejsze kompozycje powrócą do cichszych form straty. Końcowa podróż pociągiem nie oferuje schludnego rozwiązania; dociera jedynie do miejsca, w którym pamięć pozostaje obecna, lecz nie kontroluje osoby, która ją niesie.

Rok archiwalny: 1983  ·  Opublikowano:

Lista utworów

  • 1The City Wakes Without You5:58
  • 2Rooms Filled With Echoes5:33
  • 3The Watchmaker Beneath the Bridge5:15
  • 4Letters Never Sent4:27
  • 5The Silence After Yesterday5:53
  • 6The Last Birds of Ashcombe Hall6:19
  • 7Sunday Trains to Norwich5:01
  • 8Beneath the Red Concourse5:02
  • 9The Ballroom With No Mirrors4:59
  • 10After the Last Conversation6:13
10 utworów · 54:40Pełny album

Teksty

Deszcz ćwiczył swoje małe zbrodnie
Na szkle nad halą dworca
Papieros palił się na spodku
Obok telefonu, który nie chciał zadzwonić

Zegar nauczył się innego języka
Jego wskazówki ułożyły się w cichy zarzut
A na dachu papierowy transparent
Zapomniał pogodę, lecz nie imię

Taksometr szczękał jak zęby
Przez ulice miedzi, sadzy i pary
Obok biurowców z bezsennymi oknami
Liczącymi obcych w swoich snach

Kobieta zaśmiała się za zasłoną
Potem umilkła, jakby pokój usłyszał
Gdzieś pies zaczął się spowiadać
Księżycowi bez słowa

Miasto budzi się bez ciebie
Nie okrutne, nie życzliwe, nawet nie mądre
Podnosi okiennice jedna po drugiej
I wypłukuje sen z oczu

Miasto budzi się bez ciebie
Z chlebem, rachunkami i porannymi pociągami
A coś noszącego twój dawny zarys
Idzie przez miejski deszcz

Minąłem kino łabędzi
Gdzie święci palili kiedyś w aksamitnych rzędach
Plakaty zdzierały malowane twarze
Jak aktorzy wychodzący z ubrań

Chłopiec sprzedawał gazety nikomu
Obok mostu z poczerniałego kamienia
Nagłówki zmieniały się, nim je wypowiedział
Potem same składały się na pół

Pod pękniętym sufitem pasażu
Gołębie zwołały parlament
Przechylały głowy jak starzy księgowi
Sprawdzający, dokąd odeszło lato

Zobaczyłem młodszego siebie w odbiciu
W ciemnej szybie sklepu mięsnego
Podniósł dłoń, lecz nie na powitanie
Raczej by sprawdzić, czy zostałem

Miasto budzi się bez ciebie
Jego drabiny wspinają się w blade niebo
Mleczarz gwiżdże w zaułku
Gdzie leżą wszystkie nasze doskonałe przyszłości

Miasto budzi się bez ciebie
A każde drzwi wyglądają tak samo
Lecz jeden klucz obraca się w mojej kieszeni
Do domu, który nie ma imienia

W południe deszcz stracił cel
Dworcowy zegar wrócił do swej sztuki
A wszystkie dzwony pod rzeką
Zadzwoniły w cudzym sercu
Wzdłuż sufitu biegło pęknięcie
Które ojciec obiecał kiedyś naprawić
Wędrowało powoli przez tynk
Jak zdanie zmierzające ku końcowi

Dywan nosił widmowe ślady stóp
Wciśnięte we włókna lata temu
A każdy krok pod schodami
Niechętnie pozwalał odejść

Pamiętam zimę, gdy zamarzły rury
Matka owinęła drzwi kuchni kocami
Cały dom nocą brzmiał jak żywy
Oddychał. Narzekał. Osiadał w sobie.

Papierowy księżyc wciąż wisiał
Nad wąskim łóżkiem przy ścianie
Jego wyblakłe srebro ledwie trwało
W popołudniowym świetle

A w szufladzie pod oknem
Bilety i szkolne notatki
Fotografia nabrzeża w Brighton
I pismo ojca na pocztówce do domu

Sześć krzeseł stało pod żyrandolem
Jak świadkowie bojący się mówić
Tapeta zwinęła się jak jesienne liście
W kątach blisko ciepła

Dotknąłem szafki z kryształowym szkłem
Gdzie matka trzymała niedzielne wino
I usłyszałem odległy szum głosów
Jakby inny rok przetrwał w środku

Deszcz miękko naciskał okno
Ogród tonął w szarości
A gdzieś w pustym korytarzu
Deska ugięła się bez ciężaru

Prawie wypowiedziałem twoje imię
Zanim cisza przeszła przez pokój
Jak powoli opadające kurtyny
W opuszczonym teatrze w południe

Agent nieruchomości czekał w drzwiach
Obracając klucze w dłoni
Gdy wieczór zbierał się w lustrach
A ciemność wspinała po poręczach

Powinienem był coś zabrać
Zegar. Książkę. Twój szalik przy schodach.
Lecz dom już wydawał się
Należeć bardziej do pamięci niż do nas
Tik. Tik. Tik. Tik.

Most oddychał nad głową
Jak żelazne płuca przeciw deszczowi
A każdy przejeżdżający pociąg
Strząsał kurz na ramę okna

Pracował pod wiszącą żarówką
Wśród kół zębatych i popękanego szkła
Królestwo zbudowane ze złamanego czasu
Gdzie wszystkie zegary odmawiały biegu

Miasto zmieniało się wokół rzeki
Stal i przewody wspinały się w niebo
Lecz pod dworcowymi arkadami
Nic się nie poruszało. Nic nie umierało.

Tik. Tik. Tik. Tik.

Nakręcał wskazówki drżącymi palcami
Słuchając blisko tarczy
Jakby najmniejsza zmiana rytmu
Mogła przywrócić zmarłych na miejsce

„Przynoszą mi zegary z pustych domów”
„Z kominków. Sypialni. Sal pogrzebowych”
„Zawsze zatrzymane o innych godzinach”
„Zawsze milczące, gdy przybywają”

„Lecz po północy...”
„Czasami zaczynają znów”

Na zewnątrz ruch migotał
Jak owady tonące w elektrycznym świetle
Cienie rozciągały się po warsztacie
Nerwowymi wzorami przez noc

A każdy zegar na półkach
Zaczął odpływać od mierzonego czasu
Wskazówki zapadały się poza kolejnością
Jak wspomnienia tracące kształt w umyśle

Tik. Tik. Tik. Tik.

Żarówka nad nim zakołysała się raz
Most krzyknął gdzieś w ciemności
A wszystkie zegary zaczęły powtarzać
Tę samą niemożliwą uwagę

Trzy minuty po
Trzy minuty po
Trzy minuty po

Miasto grzmiało nad głową
Nieświadome, pod deszczem
Gdy gdzieś pod arkadami
Sam czas znów się uwolnił
„4 kwietnia”
„Prawie zadzwoniłem dziś wieczorem”
„Numer wciąż mieszka w mojej dłoni”

Tapeta w twoim mieszkaniu
Zwijała się w letnim upale
Jak mapy znikających krajów
Z rogów ulicy

Na zewnątrz światła zmieniały się
Dla zupełnie nikogo
A ktoś grał na saksofonie
Za pralnią

Nie. To nie tak się wydarzyło.
Najpierw deszcz. Potem szpital.
Potem cisza.

Październik składał się przez miasto
W płaszczach z gazet i pary
Okna kawiarni wypełniły się obcymi
Niosącymi wersje naszych snów

Wciąż trzymam twój bilet kolejowy
W szufladzie ze słownikiem
Między stronami hasła „odjazd”
A słowami, których nikt już nie używa

Te listy nigdy do ciebie nie dotarły
Krążyły jak ptaki nad przewodami
Powoli obracając się w oddali
Nad miejskimi pożarami

Te listy nigdy do ciebie nie dotarły
Wyblakły pod latami
Aż każde niedokończone zdanie
Nauczyło się mówić mniejszym lękiem

„12 stycznia”
„Widziałem twoje odbicie w szybie metra”
„Wyglądałaś beze mnie szczęśliwiej”

Dziecko upuściło pomarańcze na peronie
Potoczyły się między naszymi milczącymi butami
I przez jedną niemożliwą sekundę
Wierzyłem, że świat może wybrać

Lecz pociąg przybył jak pogoda
I zabrał wszystkich
Gdy twój zarys rozpuszczał się przy mnie
W reklamy i deszcz

Wczoraj znalazłem ostatni list
Wciąż zamknięty. Wciąż zaadresowany. Wciąż niemożliwy.
Nie otworzyłem go.

Szuflada się zamyka. Gdzieś na dole
Telefon nadal dzwoni
W pustym domu
Rzeka pękła pod lodem
Jak szkło pod teatralnym butem
A wszystkie dzwony wzdłuż portu
Biły z powodów, których nikt nie znał

Tysiąc okien złapało poranek
Jak rozsypane monety na deszczu
Każdy dach w mieście
Zdawał się zdecydowany zacząć od nowa

Aleją księgarni
Obok kin i dworcowych barów
Ludzie nieśli złożone przyszłości
W papierowych torbach i używanych autach

Skrzypce uciekły z drzwi
W chmury spalin diesla
A gdzieś pod ruchem ulicznym
Obudziło się śpiące metro

Wczoraj zawaliło się za nami
Jak rusztowanie przy morzu
Wszystkie słowa, na których budowaliśmy życie
Dryfują teraz bez końca przez pamięć

Wczoraj zawaliło się za nami
Wciąż odbija się pod skórą
Jak odległa muzyka z sali balowej
Gdzie nikt nie pamięta, kto wszedł

W oranżerii
Orchidee pochyliły się ku burzy
Kelner polerował puste stoły
Gdy wieczór zbierał się w jego ramionach

Powiedziałaś: „Nic nie znika całkowicie”
Potem miękko zniknęłaś w tłumie
Zostawiając tylko pęknięte odbicia
Unoszące się w restauracyjnym gwarze

Nocny dozorca karmił gołębie
Przed stacją po drugiej
Śnieg zbierał się na bramkach biletowych
Jak listy, które nie dotarły

Przez jedną niemożliwą sekundę
Miasto zdawało się wstrzymać oddech
Jakby same ulice słuchały
Kroków wznoszących się z głębi

Teraz wieże płoną porankiem
Za zmiennym przypływem rzeki
A każdy głos uznany za zapomniany
Porusza się niewidzialnie przy nas

Wczoraj nie jest za nami
Czeka pod elektrycznym światłem
W stacjach. W lustrach.
W ciszy po nocy.

Ostatni pociąg przeszedł przez ciemność
Ciągnąc złoto po deszczu
A gdzieś pod miastem
Stare zegary znów ruszyły
Jezioro za murem ogrodu
Przybrało barwę starego szkła
Gałęzie gięły się jak znaki zapytania
Nad odbiciami, które nie chciały minąć

Ashcombe Hall stał blady i nasłuchiwał
Pod niebem złożonego deszczu
Jego okna trzymały pękniętą pogodę
Jak portrety próbujące się wyjaśnić

Nosił klucze obok bicia serca
Przez korytarze kurzu i drewna
Zapalał lampy w pustych komnatach
Jakby rodzina nadal tego chciała

Każdy zegar pod schodami
Zatrzymał się prawie o wpół do piątej
W godzinie, gdy najmłodszy syn odszedł
I nigdy więcej nie przekroczył rzeki

Ptaki wracały każdego zimowego wieczoru
Do żelaznych klatek porośniętych winoroślą
Czarne skrzydła poruszały się w zmierzchu
Jak zapomniane myśli w umyśle

Mówił do nich ostrożnym szeptem
Gdy śnieg zbierał się na prętach
A gdzieś głęboko w zachodnim skrzydle
Woda miękko płynęła przez ściany

Niektórymi nocami sala balowa wypełniała się muzyką
Choć nie można było znaleźć muzyków
Tylko żyrandole oddychały powoli
Nad wyblakłym parkietem

A w lustrach przy schodach
Kształty pojawiały się i wymykały
Jak wspomnienia odmawiające pochówku
W płucach posiadłości

Poranek zbierał się przez sad
W cichych płachtach srebrnego błękitu
Ptaki wzniosły się z dachów
Ku odległościom, których nikt nie znał

A Ashcombe Hall pozostał za nimi
Na wpół opuszczony. Na wpół śpiący.
Wciąż czekający na dźwięk kroków
Który obiecał sobie zachować
Niedzielne pociągi do Norwich
Odjazd tuż po dziesiątej
Ten sam konduktor każdej zimy
Te same stare pary wsiadają

Kawa drży w wagonie
Szare niebo naciska szybę
Rzędy śpiących domów z ogrodami
Powoli przesuwają się w przeszłość

Kobieta składa krzyżówkę
Z troską należną świętemu tekstowi
Ktoś kaszle przy półkach bagażowych
Potem znów odpływa

Stacje przychodzą w cichym porządku
Diss. Ely. Wymondham.
Nazwy powtarzane przez tyle niedziel
Że przestały brzmieć realnie

Niedzielne pociągi do Norwich
Jadą przez marznący deszcz
Niosąc małe wyczerpane królestwa
Których nikt nie próbuje nazwać

Niedzielne pociągi do Norwich
Miękko suną przez pola
A każdy na pokładzie udaje
Że ukryte są większe życia

Dziecko kreśliło kręgi na oknie
Aż para zniknęła
Odsłaniając zalane pola
I kościoły znikające w latach

Patrzyłem, jak moje odbicie migocze
Na ciemnych drzwiach wagonu
Starsze niż człowiek, który pierwszy
Zaczął tę podróż lata temu

Niedzielne pociągi do Norwich
Nic się nie zmienia. Nadal jadą.
Przez ciche miasta i zimowe rzeki
Pod bladym, spokojnym słońcem

Niedzielne pociągi do Norwich
Te wszystkie życia mijają niezauważone
Jak złożone płaszcze przy oknach
Albo rozmowy nigdy jasno niewypowiedziane

Hamulce westchnęły miękko na stacji
Drzwi rozłożyły się w parze
A gdzieś daleko za peronem
Zniknęła kolejna niedziela
Słyszę twoje kroki
Pod światłami pasażu
Idące przez cieknące tunele
Każdej nocy

Ostatni pociąg odjeżdża o północy
Lecz ty zostajesz na dole
Gdzie czerwone znaki migoczą miękko
A zmęczone silniki żarzą się

Czekam przy zamkniętych kioskach
Oddychając parą i dymem papierosów
Patrzę, jak cienie wspinają się po schodach
Wiedząc, że gdzieś się pojawisz

Nigdy nie mówisz głośniej niż szeptem
A jednak słyszę cię przez ściany
Przez przewody. Przez wodę.
Przez metro o każdej porze.

Zostań tu na dole przy mnie
Nie znikaj ponownie
Miasto porusza się nad nami
Jak pogoda nad szkłem i stalą

Zostań tu na dole przy mnie
Noc się zamyka
A każdy tunel na stacji
Brzmi dokładnie jak twoje imię

Sprzątacze przestali zmywać
Zegary biletowe straciły dwadzieścia minut
Policjant przeżegnał się przy peronie
Gdy światła stacji zaczęły przygasać

Wciąż słyszałem zbliżające się buty
Powoli przez podziemia
Jakby ktoś ciągnął łańcuchy wody
Po betonowym dźwięku

Nie odchodź jeszcze. Nie teraz.
Ciepło wspina się przez sufit.
Ściany oddychają.
Szyny śpiewają pod podłogą.

Czekałem na ciebie trzy całe zimy.
Wiem, że mnie słyszysz.
Wiem, że jesteś gdzieś za drzwiami technicznymi.

Zostań tu na dole przy mnie
Nie znikaj z pociągami
Twój głos biegnie przez tunele
Jak elektryczność przez deszcz

Zostań tu na dole przy mnie
Zbliża się poranek
A wszystkie puste wieże miasta
Nie zagłuszą cię tutaj

Puls zwolnił. Światła zgasły.
Stacja znieruchomiała całkowicie.
A gdzieś głęboko pod pasażem
Ktoś się zaśmiał
Bardzo cicho
W ciemności.

Zostań. Nie odchodź.
Zostań. Nie odchodź.
Żyrandole oddychały powoli
Nad czerwono-srebrną podłogą
Pary poruszały się w doskonałych kręgach
W tańcu, którego nikt już nie prowadził

Na zewnątrz rzeka zamarzała
Pod mostami śpiącego miasta
Lecz w hotelowej sali balowej
Zima nigdy nie dotykała ziemi

Skrzypek bez powiek
Grał przy poręczy schodów
Kobieta ubrana w błękitne goździki
Trzymała lisa pod welonem

Ktoś wyszeptał: „Nie patrzcie prosto w lustra”
Choć nie było żadnych luster
Goście i tak unikali odwracania się
Ku złoconym ścianom wokół

Jakby odbicia czekały tam
W ukryciu

W kółko tancerze wędrowali
Pod elektrycznym bursztynowym światłem
Wymieniając imiona jak pożyczoną walutę
Przez architekturę nocy

W kółko tancerze wędrowali
Obok orkiestry i baru
A gdzieś pod muzyką
Hotel zapomniał, gdzie ma wyjścia

Przy szatni pojawiło się dziecko
Niosąc buty pod pachą
Spytało: „Widziałeś moich rodziców?”
Potem miękko zniknęło w tłumie

Kelner przy rozbitym fortepianie
Nadal polerował jedną szklankę
Choć każda butelka w sali
Obróciła się w pył dekady temu

Muzyka wzrosła. Sufit zadrżał.
Śnieg zaczął padać przez żyrandole.
I nagle każdy tancerz przestał się poruszać
Dokładnie w tej samej chwili.

Jakby słuchali.
Jakby coś ogromnego
Weszło do pokoju niewidzialne.

Jeden po drugim goście odchodzili
Korytarzami aksamitnego deszczu
Zostawiając puste rękawiczki i papierosy
Przy zaparowanych hotelowych oknach

Orkiestra rozpuściła się w szumie
Świece przerzedziły się w świt
A gdzieś w ciemności sali balowej
Ostatni taniec trwał dalej

Śpij teraz. Rzeka zamarza.
Śpij teraz. Poranek jest blisko.
Gdzieś pod pustą salą balową
Ktoś wciąż wierzy, że tu jesteśmy
Poranek zebrał się na stacji
W bladych elektrycznych odcieniach błękitu
Sprzątacze przechodzili między ławkami
Jak postacie domalowane do widoku

Kawa parowała przy bramkach
Gazety przybyły związane sznurkiem
A gdzieś głęboko pod peronami
Silniki mruczały przed swoją porą

Miasto wyglądało mniejsze o świcie
Mniej tajemnicze. Mniej surowe.
Nawet wieże przy rzece
Zdawały się zmęczone staniem

Kobieta spała oparta o walizkę
Dziecko liczyło mijające światła
A wszystkie nocne rozmowy
Zaczęły wycofywać się z powietrza

Po ostatniej rozmowie
Po zamknięciu ostatnich drzwi
Po stacjach i tunelach
Po utracie władzy przez cienie

Coś w porannej ciszy
Wreszcie rozluźniło się w mojej piersi
Jak zima opuszczająca puste gałęzie
Bez wyjaśnienia, dokąd odeszła

Tablica odjazdów wciąż zmieniała
Nazwy miast w czas
Leeds. Norwich. Liverpool.
Miejsca znikające linia po linii.

Pomyślałem o zegarmistrzu.
Sali balowej. Podziemiu.
Pustych salach Ashcombe Manor.
Dziwnym człowieku śpiącym przy torach.

I po raz pierwszy przez całą noc
Nic z tego już mnie nie przerażało.

Po ostatniej rozmowie
Cisza nie brzmiała tak samo
Nie przypominała już nieobecności
Tylko odległość bez winy

Pociąg przybył pod deszczem
Drzwi rozłożyły się w parze
A gdzieś daleko za stacją
Miasto zniknęło w poranku

Jeden ostatni akord pozostał zawieszony
Nad cichymi torami
Potem powoli odpłynął w szum
Jak pamięć uwalniająca czas

Odkrywaj ten album

Informacja afiliacyjna: Linki Amazon na tej stronie mogą przynieść RetroForge Records niewielką prowizję bez dodatkowych kosztów dla użytkownika.

Odkrywaj dalej

Kontynuuj w grafie wiedzy RetroForge

Wybrane ścieżki do ludzi, płyt, wydarzeń i idei poszerzających muzyczny kontekst.

Gatunki i sceny